RSS
poniedziałek, 24 września 2012

Ci, którzy dobrze znają Pawiana, wiedzą że jego życie jest fabułą. Pawian tworzy fabuły nieustannie. I tak ze zwykłej wizyty w centrum handlowym powstaje opowieść o… smokach, krzyżowcach, asasynach i czym popadnie. W związku z tym Pawian wyjeżdżający do stepowego miasta zaczął wkręcać Margericie opowieść o namiętnym Azjacie. O miłości pod gwiazdami uprawianej na baraniej skórze, o zapachu wielbłąda nad ranem, o dziczy i samotności. Pawian mówi do Margarity tak:

- Ty młoda jesteś, aktualnie wolna, musisz przeżyć na stepie płomienny romans. I koniec. No bo jak inaczej? Co będziesz wnukom opowiadać? Jaką będziesz miała największą i najbardziej skrywaną tajemnicę swej młodości?

Margarita się zapiera kopytkami i mówi, że jej Azjaci nie pociągają. A Pawian znów swoje, że nie ma, że nie pociągają. W Azji jesteś i masz przeżyć dziki seks stepowy. Koniec i kropka. Wielbłąd, gwiazdy, dzika jednodniowa podróż i poranna ucieczka do miasta, bez pożegnania, bez dalszego ciągu… Taka literacka, taka zupełnie nie z XXI wieku. Margarita tłumaczy Pawianowi, jak komu dobremu, że trochę się boi. Pokazuje tego pięknego, o którym wspominałam, tego co łyżkami go można jeść i mówi, że on, to i owszem, ale już w jego koledze dostrzega jakąś dzikość, jakąś pierwotność. Pawian patrzy z politowaniem, bo w tym drugim (całkiem do rzeczy, taki owszem, owszem), na dodatek eleganckim prawniku, dzikości tyle, co trucizny w zapałce, ale… Po cichu Państwu wyznam, że Margarita była przez czas pewien związana z młodym Anglosasem, dlatego teraz upodobania do tutejszych nie ma. Po prostu dziewczyna woli bekon i fasolkę na śniadanie, a nie kumys i zapach baraniej skóry. Phi, taka wysofistykowana (jak kiedyś w „Krytyce Politycznej” napisali) i nie chce przeżywać doznań pierwotnych, dzikich… Ta dzisiejsza młodzież! Nic w niej fantazji ułańskiej nie ma. Na dodatek Margarita kpi sobie niecnie z Pawiana i złośliwie przypomina całowanie pawiańskich rączek przez inspektora oświatowego ze stolicy.

Ale… nie uprzedzajmy wypadków. Otóż istnieje podejrzenie, że w Margaricie zadurzył się pewien Moskal, nazwijmy go Ilia Pietrowicz. Codziennie po zajęciach czeka na nas, pakuje do swego samochodu, a następnie odwozi do akademika. Odprowadza do samych drzwi, co budzi uśmiech u pań konsjerżek. Te ostatnie bowiem cały czas się o nas martwią. Ciągle pytają: „czy wszystko w porządku dziewczynki? A niegłodneście dziewczynki? A nie zimno wam, dziewczynki”? Dlatego odprowadzanie nas wieczorami przez Ilię Pietrowicza wzbudza wręcz ich entuzjazm. Dziewczynki są bezpieczne przez cały dzień. Ilia Pietrowicz nawet raz wiózł nas dłuższą drogą, by stanąć przed kwiaciarnią i rzucić na kolana Margarity wielgachny bukiet. Przy okazji i Pawian się na drugi załapał. Jest jednak pewien maleńki problem, a raczej dwa. Po pierwsze, Ilia Pietrowicz jest blondynem, takim jaśniutkim, a Margarita woli bardziej takich w stylu „latino lover”. Ponadto, jak wiemy z „Pana Tadeusza”: „Hrabia blondyn, blondyni nie są zbyt namiętni”. Po drugie Margarita i Ilia nie mają żadnego wspólnego języka. Podczas drogi Ilia mówi, zaś Pawian tłumaczy Margaricie. I to samo w drugą stronę. W związku z tym, gdyby doszło do wyznań, albo co więcej, do barłożenia się na stepie, to Pawian musiałby w tym uczestniczyć. Przynajmniej przez kilka chwil. Ta perspektywa nieco przeraża Pawiana, a Margaritę raczej śmieszy. Świntuszka jedna…

Sytuacja się rozwijała przez kilka dni. Rozbestwiłyśmy się tym wożeniem przez miasto stepowe w nocy, nawet zaczęłyśmy mieć życzenia: „Teraz, drogi Ilio, pojedziemy do parku, żeby przed spoczynkiem zaznać nieco ukojenia pod sztucznymi drzewkami oświetlonymi na różowo i fioletowo przy szumie fontann złotem zdobionych”. No to Ilia nas wiezie do parku. Bezpiecznie z nim całkowicie, bo Ilia jest zawodnikiem MMA. Ilia sam nawet mówi, że każda nasza prośba, najmniejsze życzenie, to żaden problem: „chcecie do sklepu, telefon do Ilii, ja zaraz przyjeżdżam”, albo „chcecie na kawę, telefon, a ja już wybieram lokal i stolik rezerwuję”. Przyznają Państwo, że po dwóch dniach takiego traktowania można się rozbestwić całkowicie. Na trzeci dzień Ilia Pietrowicz zniknął, jak sen jaki złoty. Dobrze, że po zajęciach się inny student z samochodem nawinął i nas zawiózł, bo wytrąconeśmy z równowagi były całkowicie. No jakże to tak? Po przyjściu do pokoju zaczęłam Margaricie robić wyrzuty: „no widzisz, widzisz, odrzuciłaś chłopaka, a on teraz rzucił się w sztuczne jezioro po kopalni odkrywkowej, albo i coś gorszego”. Ona na to, w sumie dość logicznie, ale niezgodnie z linią rozwojową fabuły, że żadnych wyznań Ilia nie robił, bo gdyby robił, to Pawian tłumacz wyznań, pierwszy by o tym wiedział.

Ilia Pietrowicz zniknął. To tak trochę jakby z Dostojewskiego, z Tołstoja. Bohater przeżywający rozterki duchowe nagle, jak nie przymierzając Lewin, ucieka od cywilizacji, żeby odnaleźć się i swoją siłę wewnętrzną w prostym, sielskim życiu. No cóż… Życzymy Ilii Pietrowiczowi, jak najlepiej. Margarita Gieorgijewna się na Kitty chyba nie nadaje, bo tak między nami, to Kitty głupia była jak baobab. A Margarita, moi kochani Państwo, to mądra dziewczyna – na dopełniaczu się zna i na bierniku też, chociaż zamiłowania do przygód fantazyjnych na razie za wiele nie ma. Chociaż, ona jeszcze z Pawianem trochę pobędzie na stepie i… Nie dziś, to jutro namówię ją na dziki romans z tutejszym. No bo co jest, kurczę blade…

09:06, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 września 2012

Kolejny dzień, kolejny mit. Jednakże trzeba zacząć od początku. Klimat w mieście stepowym jest zmienny. Rano może być nawet koło sześciu stopni, w południe 20, a pod wieczór zaczyna padać. Czasem jest na odwrót. A czasem jeszcze inaczej. Chodzi o to, że człek nie jest pewny dnia, ani godziny, bowiem pogoda w ciągu dnia może się zmienić nawet pięciokrotnie. Do tego wszystkiego ciągle wieje wiatr. Tumany kurzu i brak chodników powodują, że z Margaritą Gieorgijewną myjemy nogi nawet cztery razy w ciągu dnia. Nie piszę o tym dlatego, żeby się pochwalić, że jesteśmy takie czyste i mamy mydło, ale dlatego by pokazać pewną specyfikę lokalną. Dodać należy, że na stepie mamy do czynienia z klimatem umiarkowanym, kontynentalnym. U fotografów miasto stepowe z pewnością powodują nerwicę. Ustawi sobie taki aparacik, a tu szast-prast, wiatr chmury przywieje i znów trzeba wszystko od nowa robić. Na kolejne piętnaście minut. Tak mi się wydaje, bo doświadczenia za wielkiego w tej materii nie mam.

Mieszkańcy stepowego miasta tłumaczą ów wiatr i zmianę pogody wpływem kosmodromu, że jak rakiety startują, to wieje wiatr, który roznosi pył po całym kraju, obniża, albo podwyższa temperaturę oraz pędzi po niebie chmury, które przynoszą zmianę pogody. Na początku to ja myślałam, że chyba się przesłyszałam. Potem zaczęłam dopytywać, jak blisko pod miastem te rakiety startują. Potem okazało się, że kosmodrom znajduje się około 1200-1500 kilometrów od miasta stepowego. Ja rozumiem, że ruch skrzydeł motyla w Tybecie powoduje tornado w Oregonie, ale bez przesady. To tak jakby pod Wenecją rakieta startowała, a pod Krakowem by piszczeli zasypywani wiatrem i piaskiem. No ludzie, ludzie, puknijcie się w puste łebki. Próbowano nam na dodatek wmawiać, że te rakiety jakoś są powiązane z kosmicznym pyłem, który niesie się przez stepy, wywołując zmianę pogody. Tu jednak już wolę się przyznać, że chyba nie zrozumiałam po rosyjsku, aniżeli uznać, że ludzie naprawdę wierzą w takie głupoty. Jak zaczynała się rozmowa o rakietach, to głowami grzecznie kiwałyśmy, a duchu chichotałyśmy, że naród nie chce przyjąć najprostszego rozwiązania – bo na stepie się kurzy, no bo tak już jest – tylko szuka mistyki, techniki, czynników wyższych, zamiast popatrzeć pod swoje stopy.

Z kosmicznym pyłem wiąże się (chyba) jeszcze jedna zagadka. Nie mamy pojęcia, czy mamy rację, bo zapytani tubylcy odmawiali odpowiedzi na pytanie, mówili: „nie wiem, nie widziałam”.  Na ulicach stepowego miasta można spotkać ludzi w maseczkach chirurgicznych. Pierwsza moja reakcja była dość paniczna: „gruźlica – o której MSZ pisze”, ale już po pięciu sekundach zawstydziłam się i dla skruchy walnęłam łbem w step. Margarita Gieorgijewna była bardziej przytomna i rzekła: „alergicy”. Jednak ten pomysł upadł dość szybko, po zobaczeniu pani, która maseczkę uchylała i papieroska kurzyła z fantazją. Myślimy, że te maseczki to ochrona przed kurzem i owymi kosmicznymi fantazmatami. A może zupełnie coś innego – jeżeli ktoś wie, to uprzejmie prosimy o informacje.

Następnym mitem, z którym przyszło się nam rozprawić jest sprawa psów. Powiedziano nam, że tutejsi nie znoszą zwierząt, a w szczególności psów. Zwierząt bezdomnych na ulicach nie widać. Co oczywiście nic nie oznacza, bo pamiętamy o istnieniu koreańskiej restauracji, w której psinę się serwuje. Pamiętamy też o ojczulku-prezydencie, który być może stosowną decyzję wydał i… Lepiej nie wiedzieć. Znaleziona pod akademikiem plastykowa miseczka, z różnościami dla zwierzątek, stała w jaskrawej sprzeczności z informacjami, którymi nas nafaszerowano. Pierwszym psem, którego poznałyśmy, był niejaki Biełyj, który należał do pana sprzątającego. Biełyj przypominał schab na czterech nóżkach. Kolebał się niby autobus przegubowy, na dodatek był to autobus niesłychanie przyjaźnie nastawiony do świata. Nie chodziło bynajmniej o jedzenie, bo to dostawał od swojego pana, a także dentysty oraz pielęgniarki. Zawsze chętnie towarzyszył mi przy papierosie, chociaż wiedział, że ani ja, ani Margarita go nie karmimy. Po prostu cenił sobie ludzkie towarzystwo i komplementy. Miły stepowy piesek, który lubił cały świat, a świat odpłacał mu się tym samym. W gorące dni najczęściej leżał pod samochodem dentysty, a w te chłodne siadywał na trawniku przed budynkiem. Potem wracał do domu ze swym panem, by następnego dnia podjąć swą służbę.

 Na step, który zaczynał się zaraz za akademikiem (trzeba było tylko przejść przez rurę grzewczą), rano przychodzili tutejsi z psami. Piłeczki rzucali, biegali z czworonogami. Powstawały psie koterie, a także psie antypatie. Był tłusty mops z czerwoną kokardką, który przyjeżdżał starą ładą. Był wyżeł, który przyjeżdżał autobusem. Był też kundys nienarzucającej się urody, który na step przybywał wypasioną terenówką. Jak z psami jest na stepie, trudno powiedzieć. W każdym razie, pod garażami, gdzie śmieci piętrzyły się na wysokość Mount Everestu, zawsze stała grupka tutejszych, a pod ich nogami bawiły się psy. Każdy z obrożą, każdy czyjś. Nie wiem, jak tam jest. Nie chcę wyciągać wniosków. Może kiedyś dowiem się więcej. Na razie, mam wrażenie, że białe człowieki są dziwne. Postkolonialne. Widzą to, co chcą. Lubią się czuć lepsi od tych, co kumys piją… A może też się mylę?

19:08, socjopatyczna_malkontentka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2012

Jesteśmy prześladowane przez widmo tajemniczej pani Stasi, która w zeszłym roku uczyła tego samego co my. Im więcej pytamy o jej lekcje, tym bardziej oblewa nas pot zimny, a potem ogarnia nas zgroza, pomieszana z litością i trwogą. Wszyscy tu kochają panią Stasię, która przez rok, raz w tygodniu wtajemniczała mieszkańców stepowego miasta w zawiłości fleksji, składni itp. Dowiedziałyśmy się, że były to konwersacje. Na dodatek, pani Stasia, jak tu zjechała, kupiła w sklepie serwisik do kawuni. Z uczniami zaparzała aromatyczny napój, były też ciasteczka – wszyscy o tym mówią. A jednocześnie, cholera jasna i kurtka na wacie, przez rok tych ciasteczek i kawuń jakoś się nie nauczyli nawet narzędnika i mają problemy z koniugacją „być”. Ciasteczka jedli, kawunię pili, konwersowali – o czym? Nie mamy ani pomysłów, ani nawet sugestii. Ktoś tej pani Stasi płacił za słodziutką chałturkę z filiżanką kawuni w tle. Pewnie nawet szło to z moich pieniędzy, bo nie wierzę, by stepowy rząd chciał dofinansowywać mniejszość narodową przeznaczając jakieś sumy na kawkę i ciasteczko. Pawian jest bezczelną świnią, dlatego zajrzał do zeszytu jednej z uczennic. Zobaczył kilka zapisanych słówek i taki go rankor zdjął, taka złość ścisnęła… W zeszycie pilna uczennica zapisała kilka słów potrzebnych w polskim sklepie: mąka krupczatka, mrożona fasolka i syrop w puszcze. Zaprawdę powiadam wam, mniejszość polska, jak już dostanie potrzebne papiery i do kraju powróci, to wykupi całą mąkę krupczatkę, fasolkę mrożoną i owocowe syropy w puszkach.

Na marginesie zaznaczam, że tajemnicza pani Stasia nie ma pojęcia o nauczaniu naszego języka jako obcego. Wprowadzenie dopełniacza i biernika razem równa się masakra ze Szczebrzeszyna. Nie uczymy przypadków po kolei. Wprowadzamy je w zależności od stopnia trudności, a ilość końcówek jest spora, dlatego nie można ich mieszać, tylko utrwalać poznane, sprawdzać, czy zapadły w pamięć i dopiero przechodzić dalej. W czasie lekcji zatytułowanej „w sklepie” nie można jednocześnie wprowadzać dwóch trudnych przypadków (z całą masą komplikacji w rodzaju męskim, a w przypadku dopełniacza – nawet w rodzaju żeńskim). W tym miejscu zaczyna się nam odsłaniać wielka tajemnica, odpowiedź na stawiane przez nas pytanie: jak to jest, że oni się uczą przez rok i nic. Można zacytować „Potop” i odpowiedzieć słowami Kmicica zapytanego o to, czy zna niemiecki: „nie, choćby mi ktoś zęby rwał”. Nasi uczniowie są chętni, ale nic, choćby im ktoś zęby rwał, oczy wyłupiał albo skalpował. A wszyscy uczą się przynajmniej rok. Jak to możliwe? Jakim cudem?

Od jednej z uczennic dowiedziałyśmy się, że sporo ludzi pani Stasi nie rozumiało. Pewnie, że nie rozumiało, jak ona ciągle kawunię chlipała i ciasteczka chrupała. Konwersacja, psiakrew, francuska – salonowa. Pani Stasia, nauczycielka spod Lublina, czy jakoś tak, jest ciągłym tematem naszych rozmów. Zarówno ja, jak i Margarita Gieorgijewna ciągle pytamy: jak to możliwe, żeby ktoś tak nieprzygotowany zjawiał się i uczył. Wielką krzywdę czyniąc mniejszości Polaków stepowych, którzy są pewni, że mówią po polsku. Kapustu kupują, zapominają lekcję (chcą powiedzieć, że zapamiętują) i święcie wierzą, że właśnie operują językiem Mickiewicza, Słowackiego i Passenta.

Pani Stasia tak nam wlazła z tą kawunią i ciasteczkami do głowy, że obu nam się śniła – jako monstrum, które ogłupia studentów, gada jakby z wieży Babel zeszła. Słyszałyśmy tu taki żart, jak mówią Ukraińcy w Kanadzie – „close the windowku, bo childrenionekzafreezenieje”, wydaje nam się, że podobnie mówi pani Stasia – miesza polski i rosyjski, jednak jakoś nas ta wizja nie śmieszy. Babiny nie znamy, ale w sumie cieszymy się, że łajdaczka teraz wizy nie dostała. Mamy nadzieję, że spadną na nią przynajmniej cztery plagi egipskie, a jeśli kiedyś tu wróci, to serwis cały się jej potłucze, zaś na ciastkach wyłamie sobie zęby. Najgorsze jest to, że łapiemy uczniów na błędach, a gdy ich poprawiamy, to zapierają się kopytkami i mówią, że tak uczyła pani Stasia. Oczywiście, można zasugerować, że źle zapamiętali, a teraz głupoty gadają. Jednak nie, bo te błędy się powtarzają we wszystkich grupach. Mamy dość pani Stasi. Napsuła nam sporo krwi, a na dodatek, jak wróci, bo wreszcie wizę dostanie, to znów zacznie swoją krecią, kawowo-ciastkową, robotę. Na nic moje tabelki wymyślane po nocach, żeby wszystko było przejrzyście, na nic odgrywane scenki rodzajowe… Przyjdzie Stasia i znów się zacznie. Konwersacja z kawunią i mąka krupczatka.

PS. Oczywiscie, ze jestem sledziennikiem... I zazdrosnica.

07:22, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (2) »
środa, 19 września 2012

Podczas podroży zostałyśmy nastraszone. Solidnie. Powiedziano nam, że na stepie panują dzikie obyczaje. Najgorszym przejawem zdziczenia stepowego miało być poruszanie się pojazdami mechanicznymi i stosunek do pieszych. Powiedziano nam, że trzeba bardzo uważać przy przechodzeniu przez jezdnię, bo można zostać rozjechanym na placuszek, albo na stepowego susełka. Mówiono, że cała masa wypadków, stłuczek i potrąceń (w tym śmiertelnych) wiąże się z całkowitą beztroską kierowców. Gdy tylko przyjechałyśmy do stepowego miasta zaczęłyśmy uważać i stanęłyśmy w pobliżu całkowicie nieoznaczonego przejścia dla pieszych łypiąc podejrzliwie. Ktoś może zapytać, skąd wiedziałyśmy, że tam jest „zebra”, skoro jej nie było? Odpowiedź jest prosta: skoro spora ilość tubylców przechodzi w jakimś miejscu, to właśnie tam znajduje się przejście dla pieszych. Stoimy z Margaritą, czaimy się, wyglądamy na dwie niezbyt rozgarnięte dziewczynki z Europy i chyba właśnie to nam pomaga. Kierowcy się zatrzymują. Na początku im nie ufałyśmy, bo przyszło nam do głowy, że to ściema. Zatrzymają się na zachętę, a potem, gdy zanęcone ofiary wyjdą na jezdnię, przyspieszą i… dwa kolejne susełki ludzkie rozjechane. Po kilku próbach terenowych zostałyśmy stepowymi pogromczyniami mitów, w związku z czym możemy udzielić profesjonalnej porady w sprawie przechodzenia przez ulice na stepie. Jeśli pali się zielone światło – przechodzimy. Jeśli pali się czerwone, a to czynimy – zostajemy zatrąbieni na śmierć. Jeżeli sygnalizacji drogowej brak – grzecznie czekamy, zaraz ktoś się zatrzyma. Owszem, jeżdżą samochodami dość nerwowo, jakby na dzikim koniu, albo na wielbłądzie, sporo używa się tu klaksonów, ale… bez przesady. W Polsce jest podobnie.

Jedyną ciekawostką w tej materii jest całkowity brak współpracy szoferów autobusów miejskich. Mam wrażenie, że wszyscy kierowcy tych pojazdów uczestniczą w dość dziwnym wyścigu. Reguły są proste: zajedź koledze drogę na przystanku, żeby nie mógł odjechać i trzymaj cały czas dłoń na klaksonie. Nie wiemy, kto zwycięża w tej konkurencji, ale chłopaki grają ostro. Możliwe, że wysoko premiowany jest styl, ale też kąt pod którym parkujemy w stosunku do przystanku. Im bardziej ostry, tym lepiej. Ci, którzy parkują równolegle są dyskwalifikowani, albo zostają uznani za frajerów. Specjalne punkty przyznaje się tym pojazdom, w których drzwi zostają zamknięte już w trakcie jazdy. Spore uznanie pewnie budzi to, ile osób wsiada w biegu. Im więcej, tym lepiej – ale ogólnie, można wytrzymać. Ruszanie z przystanku nie jest raptowne, pamiętajmy, że jednocześnie znajduje się tam około sześciu pojazdów. W biegu da się wsiadać, nawet z plecakiem. Jak wspomniano wcześniej, wysiadanie jest sportem ekstremalnym. Nie można się zastanawiać, bo zadepczą na śmierć. Jednakże nie można owego działania utożsamiać z brakiem kultury. Tutejsi są bardzo grzeczni. Ustępują miejsca starszym osobom i cudzoziemcom. Należy podkreślić, że tak działają wyłącznie tutejsi. Blade twarze w autobusach są zdecydowanie nerwowe. Już kilka razy zdarzyło nam się słyszeć formuły: „grubijanka”, albo nawet gorsze (bardzo, bardzo gorsze, naprawdę), gdy nastąpiło jakieś uchybienie prawdziwe, albo wyimaginowane.

Jak wspomniano wcześniej, opłatę za przejazd wnosi się u konduktora. Daje się pięćdziesiąt tutejszych od łebka, po czym otrzymuje się bilet urwany z rolki. Niektórzy konduktorzy noszą je w kieszeniach, zaś niektórzy mają wymyślne konstrukcje przymocowane do służbowych kapotek, żeby się lepiej urywało. Zauważyłyśmy, że niektórzy ludzie nie przyjmują biletów, co oznacza, że opłatę wkładają do kieszeni pracowników stepowego przedsiębiorstwa transportowego. Czasem zdarza się, że wysiadający oddają bilety konduktorowi – co także oznacza transakcję nieopodatkowaną. Biletowi są zazwyczaj mili. Mamy nawet z Margaritą swojego ulubionego chłopaczka, z dwiema wielkimi bliznami na twarzy (zastanawiamy się, czy to nóż, czy szkło), który na nasz widok miło się uśmiecha, a potem patrzy, czy dobrze wysiadamy. Żadnych rozmów nie prowadzimy, bo chłopaczek jest zapracowany jak jednoręki tapeciarz. Jeździmy dość mocno obciążoną linią (40). Tak na marginesie trzeba dodać, że tu na przystankach w ogóle nie ma rozkładów jazdy. Przychodzisz, pytasz grzecznie, czy już 40 jechała, w sumie nie bardzo wiadomo po co to pytanie, bo wiadomo i tak, że w ciągu 10 minut i tak przyjedzie.

Wracając do konduktorów – jednego babska nie znosimy. MargaritaGieorgijewna mówi na nią „bestyjka”. Małe toto, chude, żółtowłose, ale chytreńkie, oj jakie chytreńkie. Pobiera opłatę za przejazd, a potem pyta pasażera dokąd jedzie. Jak słyszy, że niedaleko, wszak każdy przystanek ma nazwę – my wysiadamy np. na „Tysiącu drobnych”, a wsiadamy na „Sanatorium – profilaktyka” – to po prostu biletów nie daje, złe nasienie jedno. A od wysiadających po prostu odbiera papierki w sposób dość chamski. Jak ogólnie ma minę rzezimieszka, to jeśli chodzi o te bilety przymilna i słodziutka. Ja i Margarita jesteśmy pryncypialne, poza tym nie znosimy tej łasiczej mordki. Zawsze piszemy na biletach różne rzeczy. Na dodatek kolorowymi pisakami. Nawet do nas nie podchodzi. I dobrze.

Uważamy z Margaritą Gieorijewną, że można dać konduktorowi zarobić, ale bezczelności nie zamierzamy popierać. Z innymi mitami stepowymi rozprawimy się niebawem. Na koniec jeszcze jedna informacja. Jeśli chcesz posłuchać muzyki techno, albo stepowego disco-polo, ewentualnie posłuchać najświeższych wiadomości, to należy wsiąść do autobusu. Zawsze coś leci. Wedle jednej naszej informatorki tak robią wyłącznie tutejsi. Czy to prawda? Nie mamy pojęcia, ale i tak zawsze chętnie obejrzymy w trakcie podróży przez miasto kolejny odciek wilka i zająca – radzieckiej kreskówki, którą wszyscy powinni pamiętać. No właśnie, w autobusach są telewizory. Do jutra, do zobaczenia na trasie, obejrzymy razem kolejną część „nu pagadi”!

06:36, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 września 2012

Budzę się rano, przecieram oczęta. Rozkosznie, dziesiąta. Margarita Gieorgijewna jeszcze posapuje przez sen, a niech tam śpi, młoda dziewczyna, nieprzyzwyczajona do pawiańskiego ADHD i tempa. Każdego dnia, każda z nas ma po trzy lub cztery zajęcia. Ktoś powie, że to nic takiego, ale nauczanie języka w grupach początkujących jest po prostu wyczerpujące fizycznie. Ile musisz pokazać: że kura w ziemi grzebie, że piesek ogonem macha, że wyraz mężczyzna to pan, ale odmienia się jak kobieta. To ostatnie sprawiło sporą trudność przystojnemu tutejszemu. Piękny taki, że łyżkami go jeść można. Margaricie się nie bardzo podoba, ale Pawian (który lubi takie typy subtelne i poetyczne), gdyby tylko był młodszy te dwadzieścia lat, to zaraz kupiłby wielbłąda i hajda ze związanym młodzieńcem w step. Trudność poetycznemu chłopaczynie sprawiała odmiana: mężczyzny, poety, dentysty, kolegi… Pawian po lekcji z nim usiadł, zaparł się kopytkami w parkiet i spokojnie wytłumaczył raz jeszcze. Margarita Gieorgijewna jest z tej samej szkoły, znaczy z dobrej szkoły, z naszej: tłumaczyć, aż zrozumie. A jak nie zrozumie, to znów tłumaczyć. W związku z powyższym tydzień był męczący. Dlatego w sobotę Pawian wstał o dziesiątej (jak wspomniano wcześniej), podrapał się po spodenkach piżamkowych w różowe krówki i zaczął dumać, czy robić kawunię, czy też na papieroska przed budynek akademika skoczyć. Nagle… przez okno spojrzał, a tam robota wre. Bo trzeba wyjaśnić, że zaraz za naszym akademikiem kończy się miasto. A jak kończy się miasto, to zaczyna się step. Dziś piździło, jak za cara Mikołaja, dlatego wszyscy w kurtkach i czapkach z kosami i sierpami latali i ze stepem walczyli. Pawian domyślił się, że to субботник. Starsi wiedzą, co to takiego. Nieco młodszym tłumaczę, że to czyn społeczny. A tym najmłodszym wyjaśniam, że jest to odgórne, administracyjnie narzucone działanie, mające na celu integrację grupy pracowniczej i niewolniczą pracę w czasie wolnym. Pracę dla swojej dzielnicy, miasta, albo kraju. Jak w Polsce w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy na przykład studenci jeździli na wykopki.

Jak Pawian zobaczył akcję przed akademikiem, to aparat fotograficzny złapał i wyskoczył szybciutko na maleńką wyprawę badawczą. Trzeba dodać, że w naszym akademiku na parterze jest ośrodek zdrowia. Codziennie spotykamy jedną panią doktor, ale dotąd jakiś bliższych kontaktów nie było.

Głupio zasadzać się zza węgła z aparatemna gromadę trzydziestu osób, dlatego Pawian postanowił się ujawnić. Do pani doktor podszedł szastnął nóżkami i poprosił o możliwość zrobienia fotografii. Że dla mamy i taty w Polsce. Że oni są ciekawi, jak się żyje w Kazachstanie. Obecne na czynie społecznym kobiety były rozbawione. Zaczęły pozować, śmiać się, wygłupiać z Pawianem. W końcu przyszła dyrektorka tego ośrodka. Pani doktor – geriatra, około sześćdziesiątki. Bardzo miła. Też dołączyła do zabawy. Mówi: „zaraz, zaraz, ja tylko kurtkę zdejmę, żeby ładniej wyglądać”. Mam wrażenie, że nawiązanie kontaktu z kobietami w tym kraju jest bardzo łatwe. One są kontaktowe, miłe, serdeczne. Słodkie dziewczę na stoisku cukierniczym, to nawet (żeby ptysia Margarity Gieorgijewny nie zniszczyć) dmuchało do woreczka, żeby lepiej ciastko było nieść. Myślę sobie, niech nie dmucha, bo MSZ na swoich stronach ostrzega, że w tym kraju zdarza się gruźlica. No, ale cóż zrobić? Nadmuchała na nasze ciastko. Trudno. Zostało zjedzone i już. Jak inna pani w sklepie dowiedziała się, że Margarita do niej właśnie wypowiedziała swe pierwsze zdanie po rosyjsku (kupowała chleb – jestem dumna jak paw, bo to moja szkoła), to ręce złożyła i pisnęła: wot maładiec!

Usłyszałyśmy tu formułę: radio sarafan, którą można przetłumaczyć na sukienkowe radio. Ja wolałabym formułę: kolejkowe radio. Oznaczałoby to mniej więcej to, że kobiety o wszystkim się informują, rozmawiają ze sobą, nawiązują kontakty. Nie chodzi o plotki, ale o informacje. O dzielenie się ze sobą światem. O wspólnotę kobiecą – w której chyba właśnie z Margaritą zaczynamy uczestniczyć. Opowiadamy paniom portierkom, co nam się przydarzyło w ciągu dnia, a one chętnie słuchają. Dbają o to, żebyśmy się odpowiednio ubierały. Dodać należy, że połowa mieszkańców tego kraju wyznaje islam. Jednakże jest to zupełnie coś innego, niż to, co zaobserwowałam na Bałkanach. Tam świat wyraźnie się dzielił. Na część macedońską i albańską. Te części czasem się dotykały, czasem się komunikowały, czasem się lubiły, ale… zawsze były jakoś oddzielone. Tutaj – religia (tak na pierwszy rzut oka) nie ma znaczenia. Mało znaków ortodoksji, a nawet jeśli są, to ukazywane z pewną kokieterią. Na przykład dziewczyna w czarnej, długiej, ale bardzo obcisłej sukni, kurteczce dżinsowej kończącej się zaraz pod piersiami i w srebrnej chuście na głowie. Do tego wszystkiego makijaż jak z Paryża i buty na sięgających nieba obcasach. Zdaję sobie sprawę, że mój wywód (od czynu społecznego, przez wspólnotę kobiet, aż do ubiorów kobiet ortodoksyjnych) jest mocno chaotyczny, ale właśnie to tak widzę. Tyle obrazów, tyle doświadczeń, tylu ludzi. Jak to wszystko opisać? To, co przez cały dzień zbiera się pod powiekami i w głowie.

Ciekawe jest to, że w mieście na stepie małych dzieci nie wozi się w wózkach. Jakby Państwo zobaczyli tutejsze chodniki, a raczej ich brak, to zaraz zrozumieliby dlaczego. Niemowlęta nosi się na rękach, przed sobą, pozawijane w kocyki. Niektóre mają śmieszne nosidełka. Tatusiowie uczestniczą w wychowaniu, a raczej w transportowaniu, bo gdy tylko rodzina idzie razem, to maluch jedzie w ramionach ojca. Nota bene tatusiowie są niezwykle uczuciowi. Co chwilę całują, gaworzą z dzieciaczkami, pokazują im świat. Nikt na dzieci nie krzyczy, nikt nie karci, nie okazuje zniecierpliwienia. Kiedy zostałyśmy zaproszone na kawę do jednej rodziny, tatuś z dumą opowiadał o potomku, o jego cechach charakteru, o dokonaniach, zaś dziecina w tym czasie malowała ściany kredkami. Tatuś rzekł: to tylko ściana, a dziecko musi się rozwijać i poznawać świat. Awansowałyśmy do rangi cioć, ja byłam ciocią od karmienia kaszą gryczaną, zaś Margarita – ciocią od zabawy pt. „co ciekawego masz w torebce”? Maluch najpierwwybebeszył wszystko, czynił to z pasją zaangażowanego celnika, a następnie skrupulatnie pochował. Zniszczenie szminki nie było celowe, dlatego nie będę o tym wspominać.

06:44, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 września 2012

Myślę, że czasem dobrze być nauczycielem (narzędnik – mam świra na punkcie narzędnika, ostatnio już dwie lekcje z niego robiłam, zwariuję jak jeszcze raz będę musiała powiedzieć, że jestem niską kobietą oraz Polkąi zrobić ćwiczenie: kim jestem?). Królestwo za biernik.

Wieczorem studenci zabierają nas do restauracji ujgurskiej, na łagman.To takie smażone mięsko ze smażonym makaronem i warzywami. Popijamy miejscowym piwem, bawimy się jak norki. Dziś kuchnia tutejsza. Poznajemy smaki Azji: gotowany koń z kluskami i cebulą (bieszparmak, czyli „pięć palców”, bo jest to potrawa, którą jada się rękami). Nie polecam. Podobno jesteśmy w najlepszym lokalu w mieście – możliwe, bo wystrój nieco mafijny, jakby wręcz burdelowy. Za dużo czerwieni, złota, tafty, kryształowych żyrandoli, tiulu i parawanów. Jest nawet biały fortepian. W foyer, bo to zdecydowanie nie jest przedsionek, tutejsi biznesmeni. Sygnety, bransolety i łańcuchy. Raz na bogato. Samego konia podaje się na drewnianych półmiskach, na tych kluskach (coś jakby makaron lasagne), a to wszystko przykryte całą masą cebuli i końskich wnętrzności. Zapewne kosztuje pierdyliard tutejszych, co mniej więcej wynosi 0,55 pierdyliarda złotych. A sama potrawa? Gotowane mięso jest suche, to wszyscy wiedzą. Dodam jedynie, że gotowany koń jest bardzo suchy. Nawet chyba łykowaty. Najlepsze były kluski, bo cebula z jelitami była całkowicie niedoprawiona. Jako że Pawian cierpi na katar, wszyscy namawiają nas na wizytę w koreańskiej restauracji, żeby zjeść psinę, która jest ponoć doskonała na wszelkie przeziębienia. Będę zagrypiona 1265 lat, a psa nie zjem, ni cholery!

***

Czuję się trochę, jak nauczycielka w pionierskich czasach na Dzikim Zachodzie, która za każdą lekcję dostawała jabłko. My dostałyśmy po jabłku i gruszce, od milczącej żony pana Olka, który udziela się w towarzystwie polonijnym, stanowiąc podporę zespołu muzycznego. Od Żeni dostajemy galaretkę z czarnej porzeczki, a ponadto zawsze częstuje nas śniadankiem. Rogalik, miód na talerzyku, poziomkowe konfiturki, herbatka. Pan Wacław dziś wkroczył z czekoladkami dla nas. Podpytuję starszego pana o życiorys (jest trochę starszy niż myślałam wcześniej) – w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (my nazywamy ją II światową) znalazł się w Armii Czerwonej, a nie miał jeszcze osiemnastu lat – doszedł do Berlina, wrócił do rodziny. Nie mogli wrócić do Polski, trzeba było urządzać się na stepie. Pan Wacław musiał zapomnieć o swych polskich korzeniach, które wówczas nie były tu dobrze widziane. Został milicjantem, ale praca mu się nie podobała. W końcu, kilka lat po wojnie, wywalczył skierowanie na studia medyczne. Przez wiele lat pracował jako lekarz ratownictwa medycznego, jeździł w ambulansie. Wykładał też na tutejszej uczelni medycznej. Palimy przez budynkiem towarzystwa polonijnego, pan Wacław opowiada, a mnie aż coś ściska, mokro się w oczach robi… Pan Wacław widzi moje zmieszanie, bierze mnie za rękę i mówi: „nic, nic, pani nauczycielko, taki los człowieka. Tak już zapisane każdemu”. Dziwnie brzmi w rosyjskim zdaniu polski wyraz „pani”.

***

Trzeba zrehabilitować Liska Witaliska. Chłopina jest fajny, początek mieliśmy kiepski, może przez tą mszę. Potem jeszcze raz nam się naraził, gdy po nas nie przyjechał. A było to tak… Wielkie wydarzenie dla tutejszej społeczności katolickiej, którą stanowią potomkowie zesłańców polskich i niemieckich. Impreza trwa cały dzień. O jej randze świadczy przyjazd jednego z najważniejszych kardynałów watykańskich. Mnie to nie rusza, raczej współczuję staruszkowi przyzwyczajonemu do klimatu rzymskiego, że cały dzień, w ciężkich szatkach, musi udawać, że uczestniczy w czymś istotnym. No, ale to jego zawód. W każdym razie impreza jest wielka. Po nas, do akademika, znów zajeżdża samochód polsko-dyplomatyczny. Na dodatek wysokiej rangi. Nie powiem, nie powiem, całkiem to miłe, człowiek się czuje TAKI WAŻNY. Impreza, no cóż, tłoczna – liturgia po rosyjsku – dla mnie ciekawie, bo nigdy nie słyszałam katolickiej mszy w tym języku. Ludzie w rożnym wieku tłoczą się, napierają jeden na drugiego, pełno znudzonej dzieciarni. Jeden chłopczyk znęcał się pół mszy nad misiem, waląc biednym zwierzakiem o ławkę. W każdym razie były to dwie godziny podniosłych słów, ewangelicznych wskazań i napomnień, pięknych pieśni i męczeństwa misia. Wieczorem – koncert. Oczywiście Witalisek po nas nie przyjechał. A my? Albośmy to jakie takie? Płaskie buty na nogi i hajda w miasto. Koniec języka za przewodnika, trafimy. Drugi dzień tutaj, nie byłyśmy jeszcze takie odważne, żeby jeździć autobusem, ale w niecałą godzinkę trafiłyśmy na koncert. Gdy się skończył, zostałyśmy ponownie odwiezione przez pojazd i personel dyplomatyczny, a podczas jazdy naskoczyłyśmy na towarzyszącego nam Liska. Margarita była złym gliną, ja zaś dobrym. Ona: no tak, ale w końcu telefon, albo sms, to niewiele kosztuje. Pawian: niewiele, niewiele, ale może człowiek zajęty? Lisek: ja przepraszam, myślałem, że ktoś was przywiezie… Margarita: A kto? W końcu tu znamy tylko ciebie. Pawian: (kiwa głową współczująco i uśmiecha się złośliwie). Polski dyplomata wysokiego szczebla: Nie napisałeś do pań?

Ha! Touche! Trafiony, zatopiony. Działania zbrojne, być może trwałyby dalej, ale… jak zawsze zaistniał pierwiastek kobiecy. Żona Witaliska. Bardzośmy się jej spodobały. No i ona teraz ciągnie: a to na kawę, a to na konia, dba o nas. Dba tak mocno, z takim zaangażowaniem, że wczoraj z całkowitą szczerością powiedziałam jej, że czuję się w ich domu, jak wyczekiwany gość, jak ktoś bliski. Właśnie trzeba kończyć, bo jesteśmy dziś umówione z państwem Lisków Witalisków na wycieczkę stepową. Bardzo mnie to cieszy, bo kontakty z działaczami polonijnymi są ważne. Ułatwiają życie. A życie w stanie wojny, w obcym kraju, nie należy do przyjemności. Po kilku dniach jest mi wręcz głupio, że tak brzydko o Lisku napisałam. Liskowie zapraszają nas do domu, puszczają moje ulubione rosyjskie kreskówki o Maszy i niedźwiedziu, częstują herbatą i obiadem. Mamy sporo wspólnych tematów: chociażby podróże – naprawdę spędza się z nimi dobrze czas wolny. Liskowie są ciekawymi interlokutorami, chociaż Liskowa prawie nie zna polskiego. Jest bardzo zdolną uczennicą (kurtka na wacie, znów narzędnik), bo przez ostatni tydzień poczyniła niesamowite postępy.

Posypuję głowę popiołem, ale znają Państwo Pawiana – czasem najpierw powie, a potem pomyśli. Kajam się – Liskowie są w porządku, więcej niż w porządku, a przedwczesna ocena była zdecydowanie krzywdząca. Kontakty z Liskami to miłe chwile każdego dnia i nie chodzi o herbatki, domowe konfiturki, czy winogrona w hurtowych ilościach.

07:59, socjopatyczna_malkontentka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 września 2012

Obserwacja pierwsza. Od czego zacząć? Dozorczynie, bufetowe, sprzedawczynie czy palacz z kotłowni są mili, uprzejmi, kontaktowi, ciepli, chętni do pomocy i często się uśmiechają. Studenci i studentki są wyniośli, bez uśmiechu, lekceważący. Zapytać takiego o cokolwiek: obraza straszliwa. Natomiast pani zapytana o drogę, aż biegła za nami, bo sobie coś przypomniała i namawiała na autobus, bo pieszo to daleko i się zmęczymy. Albo taki słodziutki malczik z tornistrem, który zapytany o przystanek, zrobił marsową minkę, a następnie wyraźnie (dla cudzoziemek) wyłożył logicznie i precyzyjnie sposób dotarcia do poczciwej „40”, która snuje się przez całe miasto.

Studenci uniwersytetu, na którym mamy zajęcia, zlewają nas z pewnością z powodu garderoby. Tu moje eleganckie sandały mocno sportowe, które wędrowały po półwyspie Iberyjskim, Apeninach, Alpach, miastach hanzeatyckich i mieszczańskiej Austrii, uznane są za prostactwo i totalną wiochę. Koszulka Margarity Georgijewny to nietakt, bo bez napisu „D&G”. W imieniu butków i koszulki robi się nam przykro. Dowiedziałyśmy się, że ci studenci to jest taka elita nowego sortu. Dzieci bogatych ludzi, którzy jedwabnymi garniturami i doskonale skrojonymi kostiumikami, udowadniają, że są najlepsi, że są górą. Tata i mama płacą za studia, a oni się lansują. I nos w niebiosa, mina skrzywiona, bo oni w dużym mieście teraz i nigdy owcy na stepie nie widzieli. Buty na niebotycznych obcasach, a łydki się chwieją. Taka Francja-elegancja, taki styl. Jak to dobrze, że u nas na zajęciach zupełnie inny skład. Przychodzą całe rodziny. Najmłodszy uczestnik kursu – Wadim – ma jedenaście lat, kocha piłkę nożną, przyszedł z mamą, tatą i starszym bratem. Gada najlepiej z całej rodziny. Energiczna Bronia z synem, jej koleżanka Gienia tak samo. Ola przyprowadza córkę – toczka w toczkę jak ona, syna nieco mrocznego, męża jakby skandynawskiego i mamę ze złotymi zębami, uroczą mimo tego, a może dzięki temu właśnie. Oprócz tego, trochę tutejszych, egzotycznych twarzy, skupionych na narzędniku, przymiotniku, czasowniku, trybach warunkowych, dialogach, ćwiczeniach, czytaniu i „Samochwale” Brzechwy.

Jako że jesteśmy tu już cztery dni, postanowiłyśmy zacząć życie na krawędzi. Wsiadłyśmy same do autobusu. Poinstruowane przez wspomnianego wcześniej malczika z tornistrem. W autobusie pani biletowa podchodzi i pyta, gdzie jedziemy. Bilet podaje, a potem wskazuje miejsce siedzące. Konkret, porządek, nikt nie rozrabia. Chociaż wyjście z pojazdu nazwałabym sportem ekstremalnym. Wszyscy wszystkich popychają, słowa „przepraszam” nikt nie zna. A my, sieroty z Polski, brzydko ubrane, gdzieś na szarym końcu. Na kursy asertywności trzeba przyjechać tu, na step. Sportów ekstremalnych uprawiamy tu znacznie więcej. Na przykład, zaproszone zostałyśmy do człeka z sąsiedniego pokoju, To inspektor oświatowy ze stolicy, który spotkał nas w umywalni i zainicjował kontakt. Za pięć minut już proponował wódeczkę, maleńki stakanczik… ciut, ciut. Wywaliłam mu łzawą historię, że jestem tak potwornie ciężko chora na serce, że najprawdopodobniej nie dożyję wieczora. Margarita nadal udawała Greka, ale tym razem milczącego – ewentualnie siedziała, jak na tureckim kazaniu. Jako że na wódeczkę nie dało się nas namówić, to inicjatywa urzędnika państwowego została skierowana w inne rejony. Ja próbowałam dyskutować o historii tego regionu, a on chciał mnie w rękę całować. Ogóreczkami częstował, miodem i kiełbasą. Herbatkę zrobił, a raczej jej namiastkę, bo z jednej torebki walnął trzy szklanki. A ja myślałam, że to ludzie z Krakowa są chytrzy. Tak myślałam, bo nie znałam inspektorów oświatowych z tutejszej stolicy. Uciekłyśmy w końcu z tej imprezy, świńskim truchtem (po dwudziestu minutach), żegnane nieco zbyt czule. Teraz powinnyśmy się zrewanżować przyjęciem, ale nie mamy za grosz kultury, jak powiedziała Margarita Gieorgijewna. Poza tym, przecież miałam nie dożyć wieczora. I już.

***

Zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie przyjmujemy zbyt europocentrycznej perspektywy. Co ciekawe, to została nam ona narzucona przez Polaków. Nasi rodacy na obczyźnie nie przepadają za miejscowymi – mają im za złe, że tubylcy dostają lepsze posady, kierownicze stanowiska. Moją pierwszą reakcją było pytanie (zadane po cichu sobie samej), a jak było wcześniej? Może teraz mamy do czynienia z rewanżem za lata poniżeń? Może dawniej były premiowane inne rzeczy, jak na przykład wykształcenie w Moskwie? A dziś – skośne oczy i tutejszy rodowód? Nie odpowiem na to pytanie, bo ja tylko tu wpadłam, żeby za dwa tygodnie wypaść i już nigdy pewnie nie wrócić. Polacy też mają z pewnością swoje racje, bo wiele krzywdy na tej ziemi doznali, ale czy na pewno od miejscowych? A może już nie pamiętają, że oprawcy byli spod znaku czerwonej gwiazdy. W każdym razie teraz patrzą lekceważąco i z przekąsem oceniają tubylców, tak kolonialnie, jakby mówili: ot, dzicy teraz rządzą, no ale to nie jest normalne. Dla tutejszych Polaków to Rosja jest cywilizacją i… europejskością. To dość chaotyczna obserwacja, ale dopiero zaczynamy otwierać oczy, pewnych pytań i tak nigdy nie zadamy. Nie będziemy na tyle odważne, a możeprzeczuwamy, że nie zostałybyśmy zrozumiane.

***

Pan Wacław ma chyba z osiemdziesiąt lat. Na lekcje przychodzi w garniturze i pod krawatem.W klapie nosi order z czasów ZSRR. Dziś podszedł do mnie po zajęciach i zaczął dziękować – oczywiście po polsku nie mówimy,bo on zapomniał. Proszę go, żeby jednak przychodził, że zawsze coś posłucha, że czegoś się nauczy. Mówi, że będzie chodził, a potem bierze mnie za rękę i składa na niej staroświecki, elegancki pocałunek. Za lekcję, bo nauczycielce się dziękuje. Pocałunek był staroświecki i elegancki, bo strzelenie obcasami nawet było i pochylenie się starszego pana nad moją dłonią. Wszystko jak w podręcznikach zasad dobrego wychowania. Nie wiem dlaczego, ale w chwili tego pocałunku w rękę łzy mi stanęły w oczach. Liczę: ma osiemdziesiąt lat, no tak na oko. W czterdziestym pierwszym mógł mieć z dziesięć. To świadek. Żywy świadek. Rozmawiamy po rosyjsku.

W czasie, gdy przeżywam pożegnanie z panem Wacławem, Margarita dostaje trzy kilo pomidorów od jednej z uczennic. Za te lekcje, bo my takie fajne. Margarita Gieorgijewna rozwaliła dwa dni temu paznokieć. Tak paskudnie, na pół. W każdej chwili, na przykład przy myciu, może o coś zaczepić i zerwać ten bolący strup. Irenka, którą uczymy, pracuje w zakładzie kosmetycznym. Pytamy, czy może nam pomóc? Oczywiście. Po godzinie wychodzimy ze zrobionymi paznokciami – Pawian mieć wytworne fioletowe, Margarita czerwone, krwistoczerwone, na tym kikutku ma założony tips, który uniemożliwia powstawianie dalszych szkód. Pytamy Irenkę: ile płacimy za manicure? A ona zdziwiona – śmieje się, że miała jeszcze godzinę konwersacji i to wystarczy. Siergiej odwozi nas samochodem. Otwiera drzwi, zamyka, nosi torbę, odprowadza pod drzwi akademika. Dobrze mieć tu wieczorem taką obstawę. Na dodatek Siergiej jest zawodnikiem MMA. Codziennie na lekcji, zmęczony po pracy na budowie. Siedzi nad przypadkami, przyimkami, trybem rozkazującym. Ćwiczy konwersację. Na zajęcia przychodzi też prodziekan wydziału ekonomicznego. Zna język tutejszy, rosyjski i angielski. Teraz czas na polski. Czy to wrodzony talent językowy? Nie sądzę. Po prostu pan prodziekan jest niesamowicie pracowity. Piłsudski miał podobno kiedyś powiedzieć, że Polska to wspaniały kraj, ale ludzie kurwy. Tutaj można powiedzieć na odwrót. To kurewski kraj, ale ludzie wspaniali. 
13:20, socjopatyczna_malkontentka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2012

Podróż. Czy podróż życia? Dotarcie do kraju tak zadziwiającego, pustego i nawet trochę przerażającego swą wielkością orazjałowym, jasnym krajobrazem, światem rozlanym szeroko, daleko, jako morza brzegi, dla Europejczyka przyzwyczajonego do swojskiej ciasnoty, ukazuje zupełnie odmienną perspektywę, którą trzeba przyswoić, po prostu przyswoić. Wsiadamy do samochodu i słyszymy: czeka nas jeszcze przejażdżka. Tak, tutaj 230 kilometrów to przejażdżka.

Stolica cała oświetlona, wyrastająca na pustyni, wokół rzeki-kłamstwa, bo sztucznie spiętrzonej, żeby lepiej wyglądała w tym wielkim projekcie, w którym biorą udział wielkie pieniądze, znakomite nazwiska architektów z całego świata, złoto, marmury, blask, ogrom i pycha, które jakoś nijak nie przystają do małych domków w stepie, zbudowanych z desek, głodnych psów na poboczu i ludzi okutanych w szmaty, spoglądających podejrzliwie na mnie, gdy w trakcie przejażdżki, wysiadam z samochodu i palę papierosa. Stolica kapiąca złotem, gdzie na każdej ulicy, gdzie tam ulicy, szerokiej alei, po której dwóch stronach wyrastają ciągle i nieprzerwanie budynki w stylu bizantyjsko-stalinowskim, z pewnym odchyłem w stronę Wall Street. Tu koń ze złotymi skrzydłami, tu meczet z betonu, cały w światełkach, tu ażurowa konstrukcja futurystyczna, tu wieżowiec, którego nie powstydziłoby się londyńskie City, tu seledynowa gwiazda na cokole symbolizująca zwycięstwo i siłę tutejszej władzy, tam platforma widokowa nawiązująca do mitu założycielskiego kraju…Miliardy dolarów wydanych na podziemne tunele, które przypominają trochę wiedeńskie obwodnice, mają pokazać całemu światu, że oto nastał na stepie czas bogactwa, szczęścia, radości, które swoim poddanym zapewnił dobry władca. Co tam projekt japońskiego architekta, ojczulek-prezydent własnym okiem dojrzy wszystkie błędy, własną ręką zmieni koncepcję, żeby szybciej, żeby śmielej, żeby jeszcze… Za jedną z podmiejskich daczy prezydenta, całej obstawionej policją, droga się kończy. Zaczyna się step. Zaczyna się inny świat. Co tu jest prawdziwe? Wieżowce wznoszące się do nieba, stal, aluminium i połacie szkła? A może pastuch przykryty owczą skórą na stepie, dosypiający wśród swoich podopiecznych? A może ta babuleńka idąca poboczem drogi z pękiem reklamówek? Na jednej z nich logo znanej światowej marki. A babcia wygląda na niedomytą, zmęczoną, starą i słabą. Nie wygląda na osobę chodzącą w dżinsach amerykańskich. No dobrze, jedna babcia wiosny nie czyni, może to jakiś przypadek? Uciekinierka z pięknego miasta pana prezydenta, która stwierdziła, że ma dość konsumenckiego stylu życia i ucieka w step, prostotę i biedę? Kuśtyka poboczem mrucząc ze złością, że to bogactwo ją rozleniwia. Gumowce, od góry trochę obszarpane na nogi i hajda przed siebie.

***

Na lotnisku, gdzie porządku pilnują policjanci w czapkach, jak rondle, które chyba są większe od tych, które drzewiej nosili oficerowie z ZSRR, jest porządek, powaga i nikt nie fika władzy. Rozpasanych cudzoziemców przygważdża się do ziemi stalowym spojrzeniem i deklaracją pobytową. Ta ostatnia przeraża, bo spisana w tutejszym języku. Dopiero na drugiej stronie, po wydaniu z siebie strachliwego: „łoj”, przychodzi czas na wyluzowane „uff”, gdy znajduje się mowę Puszkina i Czechowa. Niby wszystko w porządku, zostajemy nawet wpuszczone do kolejki, zaakceptowane przez oficerkę kolejkową, ale to jeszcze nie wszystko. Moja towarzyszka, Margarita Gieorgijewna, udaje Greka i gada po angielsku. Ja zaś próbuję, jak zawsze, wejść w kontakt z oficerem emigracyjnym. I cóż? Zostaję surowo upomniana, że stoję za blisko. Mam cichutko i z szacunkiem stanąć za żółtą linią, podać paszport oraz deklarację i spuścić skromnie oczęta. Podaję, spuszczam, czekam i się nie uśmiecham. Czuję, że nie wypada. Sprawa jest poważna.Paszport oddany, czeka nas jeszcze druga część procedury, która zostaje przerwana nieoczekiwanie przez księcia na białym koniu, czyli przedstawiciela polskiego korpusu dyplomatycznego, który wpadł za bramki, za kordony, za te rondle, pomachał odpowiednią bumagą i wywiódł „z domu niewoli”. Machnął tym papierem, a wszyscy się rozstąpili, jak morze przed Mojżeszem. Jakbym wiedziała w ojczyźnie, że będę bagażem dyplomatycznym, bo złudzeń, że jesteśmy Bardzo Ważnymi Osobami – nie mam, to bym zajęła się przemytem. Tylko czego? „Krówki” tu mają, znacznie lepsze niż w Polsce. To co im potrzebne?

***

Step. Sześćdziesiąt kilometrów. Domek. Wrona. Dwadzieścia kilometrów. Stado owiec. Wschodzące słońce. Trzydzieści kilometrów. Przydrożne „kofiesi”. Przystanek autobusowy, z gromadką pijanych w sztok i agresywnych młodzieńców. Piętnaście kilometrów. Stado wron. Trzydzieści kilometrów. Truchło nieszczęsnego susełka. Orzeł. A może wrona? Pięćdziesiąt kilometrów. Nuda, panie. Nic się nie dzieje… Dialogi nudne. Brak akcji. Dwadzieścia pięć kilometrów. Kurtka na wacie! Akcja. Klaps. Najbrzydsze miasto świata. Miasto, w którym swoją działalność zaczynał ojczulek-prezydent. No, znaczy się już niedaleko. Jeszcze tylko parę kilometrów. Znów step, ale już na horyzoncie coś widać. Dojeżdżamy. Personel ambasady odjeżdża w siną dal, a nas przejmuje Lisek Witalisek. Działacz polonijny. Będziemy mieszkać w akademiku wyższej szkoły rolniczej imienia akademika Bukietowa. Serio, serio. Myślimy, że był to pierwszy mąż Hiacynty Bukiet, bo zasłony w naszym pokoju, niepokojąco przypominają jej styl. Co prawda, reszta pokoju przypomina mieszkanie Stokroty i Powolniaka, ale… jest coś, co rekompensuje wspólny prysznic i brak światła w toalecie (doświecamy telefonami). Rekompensatą są panie konsjerżki. Żadna paryska się do nich nie umywa. Od razu organizują wszystko: nóż, dodatkowe krzesło, czajnik, wieszaki. Serdeczne, zainteresowane, ciągle pytające, czy dajemy sobie radę. Gdy słyszą, że idziemy na zakupy, od razu pytają, czy wiemy, gdzie sklep. Włączają bojler, zamykają okna w łazience (bo pewnie nam zimno, chociaż na dworze 26 stopni, a może i więcej). Kochane kobiety. Zapracowane, zmęczone, bo ich wachta trwa prawie dobę, ale ciągle uśmiechnięte i na posterunku. Pogaduszki z nimi – czysta przyjemność. W przeciwieństwie do kontaktów z Liskiem Witaliskiem, którego interesowało wyłącznie, czy pójdziemy na mszę. Kurna, chłopie, po dwudziestu godzinach w podróży? Na mszę? Chyba się obraził, że nie wykazałyśmy entuzjazmu i od tamtej pory nas olewa. Wyraziłam swą opinię o nim dobitnie, używając wulgaryzmów polskich i rosyjskich. Macedońskich też. Dopiero wtedy mi ulżyło.

Po ciepłym prysznicu, układamy się w łóżeczkach. Siurpryza niesamowita,  nie da się otworzyć okna, bo zalepione paskami płótna. Tak na amen w pacierzu. I cześć. Jedynie maleńki lufcik z siateczką (ach jak rozkosznie, bo na parapecie wielkie gniazdo szerszeni) ułatwia nam kontakt z tlenem. Damy radę. Po prostu trzeba się przyzwyczaić. Palę przed budynkiem, w cieniu tablicy z nazwiskiem Bukietowa. Co oznacza, że Margarita Gieorgijewna jest ze mnie dumna. Bo tak mało, no dobra – ja też jestem z siebie dumna. Czasem muszę.

***

Nauka kupowania w dużym sklepie. Klient z Polski jest zbyt samodzielny. Musi dostać opierdziel. Stanowcze potrzepanie za kark, żeby zrozumiał raz na zawsze. Żeby się pokajał, zrozumiał swój błąd, że chce sam, że władzy nie ufa. Że bezczelnie sam sobie waży jeden pomidor. No co by to było, gdyby każdy tak chciał? Nasza naklejka z ceną uznana zostaje za nieważną i niebyłą. Przyklejona zostaje następna. Dokładnie taka sama. Według nas pomidor kosztował 32 tutejsze i wedle pani sklepowej też kosztuje 32 tutejsze, ale nie o to chodzi. Chodzi o beztroskę, o szkodliwą samodzielność, o pychę, że się umie samemu obsłużyć wagę, że się lekceważy struktury. Będziecie pamiętać, dziewczynki, że tak się nie robi? Yhy… będziemy, skoro my dziewczynki, to jasne, że będziemy.

07:27, socjopatyczna_malkontentka
Link Komentarze (2) »
Archiwum